środa, 7 listopada 2012

Fantastyczne "Służące"


O tej książce nie ma co się rozpisywać, streszczać fabuły itp. – tę książkę trzeba po prostu przeczytać. 
„Służące” autorstwa Kathryn Stockett to tego typu powieść, po przeczytaniu której ogarnia mnie niepokój, że teraz żadna książka już mi się tak nie spodoba. Pomimo tego, że akcja książki rozgrywa się w latach 60. XX wieku w stanie Missisipi, a fabuła związana jest z segregacją rasową, książka porusza bardzo uniwersalne problemy, które dotyczą kobiet także w dzisiejszym świecie. 

I tak, odnajdziemy tutaj:

- Kobietę, która jest ofiarą przemocy ze strony męża – wypiera jakby ten fakt i boi się od niego odejść.  

- Kobiety, które w zaciszu własnego domu przeżywają swoje tragedie, natomiast w towarzystwie, poza domem udają silne i uśmiechają się. Czy są to ciąże i kolejne poronienia ukrywane nawet przed ukochanym mężczyzną czy depresja i próby samobójcze ukrywane pod długimi rękawami.

- Kobiety, które nie poddają się presji otoczenia, mają odwagę podążać własną drogą i mówić to, co myślą.

- Kobiety, które za wcześnie wychodzą za mąż, rodzą dzieci, a później nie potrafią znaleźć w sobie matczynej miłości – są zbyt krytyczne i wymagające względem swoich dzieci.

Jak się okazuje, problemy dotykają wszystkich, niezależnie od koloru skóry. A najważniejszym przesłaniem książki jest konieczność zrozumienia drugiego człowieka, najlepiej oddaje to ten cytat z książki

Czy nie taki był sens książki? Czy nie chodziło o to, żeby kobiety zrozumiały: „Jesteśmy tylko dwiema istotami ludzkimi, nie tak znowu wiele nas dzieli.” Znacznie mniej niż sądziłam.

Polecam wszystkim tę książkę, a następnie obejrzenie filmu, który również  dostarcza wielu wzruszeń i emocji.

nie bez powodu na zdjęciu znalazł się wizerunek Marilyn Monroe - jedna z bohaterek bardzo przypomina tę aktorkę

sobota, 6 października 2012

Marina Abramović


O Marinie Abramović w mediach jest ostatnio bardzo głośno za sprawą filmu dokumentującego jej życie i twórczość. Film ten został bardzo dobrze przyjęty podczas festiwalów: Sundance, Berlinare i T-mobile Nowe Horyzonty. Premiera kinowa  filmu „Marina Abramović – artystka obecna” wypadła wczoraj, jednak w wielu miastach odbyły się pokazy przedpremierowe. Sama nie widziałam tego dokumentu, nie wiem czy pójdę... Twórczością Mariny Abramović interesowałam się na studiach i jakby to powiedzieć: chyba z niej po prostu wyrosłam. Postanowiłam jednak poświęcić tej artystce post na blogu, który tak naprawdę jest rozdziałem z mojej pracy licencjackiej.W końcu też Marina Abramović widnieje w nagłówku bloga Kobiety w Sztuce (prawy górny róg).

Urodzona w 1946 roku w Belgradzie Marina Abramović to ikona body artu i performance’u. Sama siebie nazywa babcią tego drugiego nurtu. Pomimo faktu, że jej działania artystyczne poruszały kwestie kobiecości, szczególnie te związane z kobiecą cielesnością, nigdy nie zamykała się w getcie sztuki feministycznej. Często podejmowała ryzyko charakterystyczne dla mężczyzn, traktując swój organizm z brutalnością i bezwzględnością przypominającą sztukę akcjonistów wiedeńskich. 


Tak jak każdy artysta nurtu performance, Marina Abramović nie oddziela sztuki od życia, w swojej twórczości wyraża prywatne lęki i emocje, jednak nadaje temu uniwersalny charakter. Przetwarza doświadczenie prywatne w publiczne tak, żeby widz mógł przeżywać sytuacje razem z nią i odnaleźć  w nich własne uczucia. Sama wypowiadała się na ten temat: Przede wszystkim chcę poruszać te obszary, te myśli, które związane są ze wstydem. W moich performansach traktuję siebie jako lustro, w którym publiczność może odnaleźć swoje wewnętrzne lęki. (cyt. za: Ł. Chotkowski,”Performans autobiograficzny Mariny Abramović”, „Dialog” 2006, nr 11, s. 100).

Abramović w swoich akcjach docierała do psychicznych i fizycznych granic. W cyklu „Rhtyhm” (lata 1973-1974) traktowała swoje ciało niczym wroga, którego należy zniszczyć skutecznie i brutalnie. Pierwszą tego rodzaju akcją była „Rhythm 10”, podczas której artystka rytmicznie uderzała ostrym nożem pomiędzy palcami.


W równie drastycznej „Rhythm 2” połknęła leki, które wywołały u niej atak epilepsji, przez co nie kontrolowała swojego ciała, swoich ruchów. Następnie wzięła leki uspokajające, po których siedziała nieruchomo i spokojnie. Jak sama wyznaje, nie wiedziała wtedy nawet kim jest, jak sama przyznała: Powstała opozycja – wynikająca z początkowego braku kontroli nad swoim ciałem i kontrolowaniem go (cyt. za: M. Ryczkowska, „Podróż przez performance. M. Abramović”). Zamykającej cykl akcji artystka nadała numer „0”. Odbyła się ona w 1974 roku w galerii w Neapolu. Sama Ambramvić funkcjonowała podczas tego performace’u tylko jako obiekt, zatarła się granica pomiędzy sceną a widownią. Artystka przygotowała na stole 72 przedmioty, m.in.: pasek, szminkę, różę, widelec, perfumy, łyżkę, świecę, wodę, lustro, pistolet, naboje, cukier, alkohol, skalpel, łańcuch. Wydała oświadczenie, że całkowicie oddaje się w ręce publiczności, która może wobec niej używać zebranych przedmiotów. Jak pisze Chotkowski, Abramović  zmieniła się w tej akcji w żywe „ready mades” – żywą rzeźbę. Była bierna, natomiast to widzowie stali się performerami. Badacz opisuje to zdarzenie: W toku performansu artystce zdjęto marynarkę, skrępowano płaszczem, przeniesiono na stół, związano łańcuchem, obsypano płatkami róż (…)pozbawiono ją ubrania, rozcięto je na niej. Przeniesiono ją ze stołu, zaciśnięto dłoń na róży tak, by kolce wbijały się w skórę. Następnie różę wbito jej w klatkę piersiową. W dłoń performerki włożono nabity pistolet. Dłoń z pistoletem przystawiono do skroni. Palec położono na spuście. Następnie szybko wyrwano jej pistolet. W dłonie wciśnięto lustro z napisem „Y sono libero” (Jestem wolna) (Ł. Chotkowski, op. cit. s. 105). Po sześciu godzinach postawiona w pozycji ofiary artystka ruszyła w stronę publiczności w celu skonfrontowania się z nią, jednak nikt z uczestników tej akcji nie chciał mówić o swoich przeżyciach. Sama wyznała, że był to jej najtrudniejszy performance, gdyż zdała sobie wtedy sprawę, że oddając kontrolę nad sobą w ręce publiczności mogła zginąć. Chotkowski twierdzi, że agresję publiczności mógł spowodować fakt, że performerka była kobietą. Ze zdjęć dokumentujących akcję wynika, że działania związane z przemocą, okaleczaniem i poniżaniem pochodziły głównie od mężczyzn.

źródło: http://film373.wordpress.com/
 Marina Abramović zwraca uwagę, jak bardzo ważne jest zaangażowanie emocjonalne publiczności w to, co rozgrywa się przed nimi. Nie tylko ona przeżywa wtedy transformujące oczyszczenie umysłu, ale również widzowie mogą tego doświadczyć . W moim życiu pojawiło się bardzo ważne rozróżnienie: ciało artysty, kiedy występuję a oni patrzą i ciało publiczne, gdzie buduję tzw. Obiekty przenośne, które mają sens tylko w tamtej chwili i w tamtym miejscu, gdy publiczność ich doświadcza. (cyt. za: M. Ryczkowska, op. cit.).

Jeden z etapów twórczości Mariny Abramović związany jest z Ulayem (Uwe Laysiepen) – jej partnerem życiowym i artystycznym, którego poznała w 1975 roku. Do 1980 roku ta dwójka artystów podejmowała szereg akcji badających nie tylko relacje pomiędzy performerami a publicznością, ale również pomiędzy nimi samymi. Skupiali się na poszukiwaniu podobieństw i różnic między kobietą i mężczyzną, każde z nich pragnęło zatrzeć własne ego, własną płeć. Głównym motywem i polem, na którym zostało to ukazane stały się ciała artystów, ich możliwości i wytrzymałość. W „Breathing in, Breathing out” (1977 i 1978) złączeni ustami wdychają swoje oddechy, w „Light/Dark” (1977) nawzajem się policzkowali, w „Relation in Time” związani byli włosami. W innej akcji zatytułowanej „Rest energy” z 1980 roku, jak pisze Marta Ryczkowska, próba wytrzymałości osiągnęła swoje apogeum. Ulay kierował strzałę napiętego łuku prosto w serce Mariny. Ta statyczna inscenizacja wymagała dużej wytrzymałości  psychicznej. Dla Mariny oznaczało to całkowite poddanie się wytrzymałości Ulaya, dla niego – olbrzymią odpowiedzialność za życie Mariny i najwyższy stopień koncentracji.

źródło: http://tiffobenii.wordpress.com/
źródło: http://tiffobenii.wordpress.com/
 Twórczość Abramović – niezwykle brutalna i przesiąknięta przemocą ma niezwykle transgresyjny charakter. Artystka sugeruje, że zmienić się można tylko wtedy, gdy doświadcza się rzeczy nieznanych, które budzą lęk. Świadczą o tym jej słowa: Najwięcej uczę się od tego, czego się boję.

wtorek, 12 czerwca 2012

Sylvia Plath dla dzieci

Niezwykła niespodzianka czekała na mnie ostatnio w jednej z poznańskich księgarni. Całkiem przypadkowo, przechodząc koło działu z książkami dla dzieci rzuciło mi się w oczy nazwisko autora na jednej z nich: Sylvia Plath. Sylvia Plath! Jak się okazało, oficyna Dwie Siostry postanowiła wydać jedną z trzech napisanych przez Plath "książeczek" dla dzieci pt. "Garnitur na każdą okazję". Książka ukazała się w nowym cyklu wydawniczym – "Serio", adresowanym dla małych i dużych czytelników. Jako ten duży czytelnik i wielbiciel całej twórczości Plath nie mogłam sobie odmówić kupienia tej bogato ilustrowanej (kolejny plus) książki. 

"Garnitur na każdą okazję" to historia ciepła i pozytywna. Jej bohaterem jest siedmioletni Max Nix, który wraz ze swoimi rodzicami i szóstką braci mieszkał w małym miasteczku o nazwie Winkelburg. Chłopiec miał oryginalne pragnienie – bardzo chciał mieć własny garnitur. Garnitur, który mógłby zakładać na tytułową każdą okazję: na ślub, na narty, na urodziny, w święta i do pracy. W marzeniu tym zawarte było również pragnienie bycia podziwianym przez innych. Max wyobrażał sobie, że idzie ulicami miasteczka, a wszyscy mieszkańcy zachwycają się jego garniturem. Oczywiście, jak to w bajkach bywa, jego marzenie w końcu się spełnia. Musztardowożółty garnitur okazał się nieodpowiedni dla ojca i braci Maxa, dla chłopca był idealny.
Historia chociaż dość prosta i przewidywalna, posiada fantastyczne przesłanie: nie należy przejmować się tym, co inni ludzie sobie pomyślą. Ponadto ważne jest to, aby być sobą, mieć własne marzenia, a nie pozwalać na to, aby społeczeństwo lub ubranie określało to, kim jesteś.

Książka zostawiła mnie z pozytywnym nastawieniem i przekonaniem, że koniecznie muszę jak najszybciej spełniać swoje marzenia. Również dlatego, że dyskusyjnej urody ilustracje wykonała debiutantka - Agnieszka Skopińska. Zilustrowanie książeczki dla dzieci autorstwa Sylvii Plath – jak dla mnie szczyt marzeń! Pozostaje mi mieć nadzieję, że w Polsce zostaną wydane jeszcze pozostałe dwa teksty Plath adresowane dla najmłodszych. 

Jeszcze krótko o samej twórczości Sylvii Plath adresowanej dla dzieci. Plath napisała tylko trzy opowiadania dla dzieci, jeszcze zanim sama została matką. "Garnitur na każdą okazję" powstał we wrześniu 1959 roku, kiedy Sylvia była w pierwszej ciąży. Późniejszy okres twórczości Plath pełen jest fantastycznych wierszy, których bohaterami lub adresatami były jej własne dzieci.
Jednym z nich jest "Pieśń poranna". Sylvia Plath zwraca się do swojego dziecka, przy czym charakterystyczne dla Plath ponure metafory, jak: "twoja nagość/ Rzuca cień na nasze poczucie bezpieczeństwa" zestawione są z bardzo ciepłymi słowami: "Twoje usta otwierają się szeroko, całkiem jak pyszczek kota." Pozytywnym wierszem o tematyce dziecięcej są "Baloniki". Inspiracją tego wiersza były balony, które pozostały w domu  poetki po świętach. Te "dziwne księżyce" wydające odgłosy i trzaski przeciwstawione zostały "martwocie mebli". Balony w wierszu Plath są kolorowe: czerwone, żółte, dają radość i szczęście. Adresatem wiersza jest mała Frieda. Poetka opisuje swojej córeczce jak to jej młodszy brat - Nicholas nadgryza balon, który to w rezultacie pęka, a dziecko zostaje
"Ze strzępem czerwieni
W swej piąstce."



poniedziałek, 28 maja 2012

Za co uwielbiam Fridę Kahlo?

Za to, że nie dala się zniewolić własnemu, niedoskonałemu ciału.
Można powiedzieć, że Frida Kahlo już od dziecka miała jednego wroga – swoje własne ciało. W wieku 6 lat, Frida chorowała na dziecięcy paraliż (polio), który znacząco wpłynął na rozwój i w rezultacie na wygląd jej prawej nogi. Stała się cieńsza, a rozwój prawej stopy został zahamowany. Pomimo długiej rekonwalescencji i regularnych ćwiczeń nie udało się powstrzymać deformacji prawej nogi. Rezultatem tego było noszenie przez Fridę długich spódnic (będących kwintesencją jej stylu ubierania) i spodni (będących kwintesencją jej wyzwolonego stylu bycia), a także przezwisko "kołkonoga Frida".
Innym wydarzeniem, które niezwykle wpłynęło na ciało i całe życie Fridy był wypadek tramwaju, którym  17 września 1925 roku wracała ze szkoły. Tramwaj ten zderzył się z drezyną. Frida doznała poważnych obrażeń: złamana miednica, kręgosłup i noga w jedenastu miejscach. Długi metalowy pręt przyszył jej macicę. Powrót do zdrowia i sprawności był ciężki – punkcje rdzenia kręgowego, uwięzienie w gorsetach, operacje ciągnące się przez kolejne dziesięć lat. Jednak walka Fridy z ciałem była heroiczna, młoda artystka robiła wszystko, aby stanąć o własnych siłach i zacząć chodzić. Osiągnęła swój cel, jednak  skutki wypadku już do końca życia przypominały o sobie: ból, wizyty w szpitalu, 35 operacji, których celem było usprawnienie funkcjonowania prawej nogi. I jeszcze jedno – Frida Kahlo trzy razy zachodziła w ciążę, jednak z powodu obrażeń doznanych w wypadku, nigdy nie została matką. 

Za to, że fantastycznie umiała namalować ból ciała.


A może na obrazie "Złamana kolumna" z 1944 r. namalowany jest ból duszy...

Za to, że malowała siebie.
 55 obrazów spośród 143 namalowanych przez Fridę Kahlo to autoportrety. Są to wizerunki  piękne, pełne osobistej symboliki. Sama Frida tak mówiła o swojej pracy: "Nigdy nie maluję fikcji, przedstawiam moje własne życie".

Za surrealizm (który uwielbiam).
Chociaż sama Frida Kahlo nie uznawała estetyki surrealizmu, jej obrazy były wystawiane wraz z przedstawicielami tego kierunku. Sławne jest to powiedzenie malarki: "Surrealizm jest magiczną niespodzianką wynikającą ze znalezienia lwa w szafie, gdzie spodziewasz się znaleźć koszule". Uważam, że świetnie to ujęła.

Za to, że była tak niesłychanie kolorowa i kobieca.
Jej oryginalny styl docenił "Vogue" umieszczając ją w 1938 roku na okładce.


 
Za to, że zainspirowała feminizm (który uwielbiam).
Ruch feministyczny dostrzegł i docenił niezwykle kobiece obrazy i szczerość ekspresji Fridy Kahlo, zwłaszcza w podejmowaniu tematów psychicznego bólu. Ponadto burzliwy związek i małżeństwo Fridy Kahlo z Diego Riverą jest tematem chętnie dyskutowanym przez feministki. Spotkałam się nawet ze stwierdzeniem, że dał on początek pojęciu "para artystyczna" -  kategorii badawczej w feministycznej historii sztuki. Z jednej strony Diego Rivera z początku był jej mentorem i nauczycielem i na pewno związek ten pomógł jej karierze, z drugiej strony była przez niego nieustannie tłamszona (był bardziej docenianym malarzem, zdradzał ją z modelkami i siostrą, no i przede wszystkim był o wiele wiele większy od niej, co ciekawie prezentuje ten obraz autorstwa Fridy). 


Tutaj zaczęłam pisać o innych sławnych "parach artystycznych", ale stwierdziłam, że temat ten nadaje się na osobny wpis, tak więc "wytnij" i "wklej" w nowym dokumencie…

Za to, że inspiruje innych artystów.
Moja ulubiona Florence Welch z grupy muzycznej Florence and The Machine zainspirowana obrazem Fridy pt. "What The Water Gave Me", skomponowała świetną piosenkę o takim samym tytule.

Za to, że inspiruje mnie.
Kubek dostępny w moim sklepie internetowym Zaplecze Rzeczy Ilustrowanych

niedziela, 13 maja 2012

Motyw ciąży w poezji Sylvii Plath

W ostatnim wpisie opisywałam książkę "Czarne mleko" Erif Safak poruszającą tematykę dylematu kobiety-artystki rozdartej pomiędzy tworzeniem sztuki, a macierzyństwem. Dzisiaj temat ten omówię w kontekście Sylvii Plath i jej twórczości. W poezji Plath znajdziemy motywy związane z macierzyństwem i ciążą zarówno w kontekście pozytywnym, jak i negatywnym. Chciałm skupić się na tych pozytywnych aspektach.

Wiele z wierszy Sylvii Plath porusza kwestie seksualności,  płodności, zdolności do rodzenia dzieci. Dla samej poetki brzemienność i macierzyństwo było czymś ważnym. Ukazuje to utwór "Brzemienna Kobieta", który opisuje ciężarne – piękne, zadowolone z siebie, dumne, podobne do Wenus z obrazu Botticelli'ego :

Siedzą w swoich ciężarnych sukniach.
Ponad każdym ciężkim brzuchem twarz
Unosi się spokojnie jak księżyc czy chmura.

Brzemienność przyjęta jest przez nie z uśmiechem i spokojem, pomimo że siedzą pod ciernistymi drzewami, rozkoszują się słuchaniem dźwięku małego, nowego serca. Macierzyństwo jest czymś błogosławionym, w poświacie księżyca kobiety oczekujące dziecka przypominają Matkę Boską. Anna Nasiłowska twierdzi, że kobiece „ja” dzięki temu, że może nosić w sobie inne życie jest w pewien sposób pełniejsze – jak pisze badaczka: bliższe egzystencjalnej prawdy przez cierpienie i doświadczenie macierzyństwa, w którym ciało jest niemożliwe do pominięcia ( A. Nasiłowska, Tożsamość kobieca w poezji polskiej XX wieku: między androgynicznością a esencjalizmem, „Teksty Drugie” 2004, nr 1/2, s. 118). Podobny pogląd sugeruje Plath w "Trzech kobietach", gdzie Głos pierwszy mówi: Uśmiecham się niechcący do mojej nowej mądrości.

Wierszem odnoszącym się do tożsamości rodzącej kobiety jest także "Nick i świecznik". Osoba mówiąca w nim nazywa siebie górnikiem w jaskini, w której przebywa schroniona wraz ze swoim synkiem. Jaskinia porównana jest do brzucha matki, tak jak on jest miejscem bezpiecznym, stworzonym, urządzonym całkowicie przez kobietę. Podmiot liryczny mówi: Ustroiłam naszą jaskinię różami,/ Miękkimi dywanami. Matka wypowiadająca się w tym utworze zdaje sobie sprawę ze swojej macierzyńskiej misji, jaką jest zapewnianie bezpieczeństwa, ochranianie dziecka przed zimnymi zabójcami, bólem i zazdrosnymi przestrzeniami.

Sylvia Plath wielokrotnie w swojej poezji sugeruje, że dawanie życia przez kobietę wiąże się równocześnie z jej własnym odrodzeniem. Asocjacja ta widoczna jest w wierszu "Face Lift", gdzie podmiot liryczny odradza się w momencie, gdy otrzymuje po zabiegu liftingującym nową twarz i mówi: Jakbym była swą własną matką, budzę się w bandażach gazy. Narodziny nowego„ ja” , których metaforą jest ciąża, ukazane są w cyklu "Poemat na urodziny" – w wierszu "Ciemny dom" osoba mówiąca wyznaje:

Jestem okrągła jak sowa,
Widzę przy własnym świetle.
Któregoś dnia się oszczenić
Lub urodzić źrebię. Mój brzuch porusza się.
Muszę sporządzić więcej map.
Te wypełnione szpikiem tunele!
Krecimi łapkami toruję sobie drogę.

"Poemat na urodziny" ukazuje proces odnawiania się tożsamości mówiącej w nim osoby, która w pewnym sensie daje życie dla innej siebie, dlatego czuje się jakby była w ciąży. Sama poetka wraz z narodzinami swoich dzieci czuła jakby weszło w nią nowe życie. Świadczy o tym fragment listu pisanego do matki dnia 12 marca 1962 roku, niedługo po urodzeniu drugiego potomka: Mam prawdziwe uczucie swego odrodzenia poprzez Friedę – jakby dopiero z nią rozpoczęło się w pełni moje prawdziwe, szczęśliwe życie (...) Mam też uczucie, że dopiero teraz zacznę naprawdę pisać ( S. Plath, Listy do domu, przeł. E. Krasińska, Warszawa 1983, s. 428).

Zdolność do rozmnażania w świadomości poetki to nie tylko funkcja przypisana jej ciału. Metafory rodzenia i bezpłodności nawiązują także do aktu tworzenia poezji. Bezpłodność wyraża niemoc twórczą, brak satysfakcji ze swoich dzieł. Jak bardzo te dwie sfery są ze sobą powiązane w świadomości Plath, sugeruje wiersz "Martwo urodzone", w którym pisane przez poetkę utwory mają cechy noworodków: Rozwinęły palce u rąk i nóg dosyć dobrze,/ Ich małe czoła nabrzmiały skupieniem.

W tej samej perspektywie Tim Kendall interpretuje wiersz "Dwie siostry Persefony". Według niego jest to smutna alegoria własnych poetyckich praktyk Plath, która identyfikuje swoją pracę z ukazaną w nim bezpłodną kobietą pozbawioną pasji. Chuda sylwetka tej postaci to symbol nie tylko kobiecego ciała, ale i słabego, pozbawionego prawidłowej formy wiersza. (T. Kendall, Sylvia Plath: A Critical Study, London 2001, s. 6)

Jedno z moich ulubionych zdjęć Sylvii Plath - z Tedem Hughesem i Fridą (1960r.)



środa, 2 maja 2012

"O pisaniu, macierzyństwie i wewnętrznym haremie" - Elif Şafak


Po ponad roku przerwy, powracam do blogowania na temat kobiet w sztuce. Nieustannie znajduję nowe inspiracje, sylwetki niesamowitych kobiet-artystek, a i książki, które ostatnio czytam poruszają  tematykę kobiecą, więc szkoda by było tego wszystkiego nie opisać. 

Właśnie jedną z tych książek jest  "Czarne mleko" autorstwa tureckiej pisarki i feministki Elif Şafak. "Czarne mleko" to autobiograficzna powieść przedstawiająca problem, jaki często dotyka współczesną kobietę  (kobietę-artystkę) rozdartą pomiędzy pragnieniem realizacji zawodowej, rozwoju intelektualnego, spełniania się, a przymusem poświęcenia się macierzyństwu. Dlaczego sięgnęłam po tę książkę? Przyciągnęło mnie nazwisko Sylvii Plath w opisie książki z tyłu okładki. Bowiem "Czarne mleko" jest nie tylko podróżą w głąb duszy autorki, ale analizą problemu w kontekście wielkich kobiet – pisarek, które również zmagały się z dylematem: twórczość czy macierzyństwo.

Książka przedstawia sylwetki pisarek, które:
- zrezygnowały z macierzyństwa, m.in.: Emily Dickinson, Virginia Woolf, Emily Bronte, Gertrude Stein, Elizabeth Gilbert,
- są szczęśliwymi matkami, jak np.  Margaret Atwood czy Toni Morrison,
- zostały matkami, ale nie sprawdziły się w tej roli, np. Muriel Spark, która to opuściła swojego męża i syna.

Jest rozdział poświęcony wyłącznie Sylvii Plath, o której Elif Şafak pisze: Była dziewczyną, która chciała zostać Bogiem, by stworzyć cały wszechświat od początku (str. 109, wszystkie cytaty pochodzą z książki wydanej przez Wydawnictwo Literackie, przekład Natalia Wiśniewska). O Sylvii Plath i jej stosunku do macierzyństwa opublikuję w najbliższym czasie osobny post. Teraz przejdę jednak do Elif Şafak, która przez długi czas zakładała, że nie będzie mieć dziecka, ponieważ dziecko przeszkadza kobiecie w twórczości i karierze literackiej. W książce "Czarne mleko" pojawia się ciekawy motyw "wewnętrznego haremu" – są to miniaturowe kobiety, które współistnieją ze sobą, zawsze towarzyszą Elif i każda z nich jest uosobieniem różnych cech pisarki. Jest więc Panna Intelektualistka Cyniczna, Milady Ambicja Czechowska, Panienka Praktyczna, Pani Derwisz, które to dominowały w czasach, kiedy Şafak była singielką i całą swoją energię i czas przeznaczała na pisarstwo. Blue Belle Bovary, która pojawiła się, gdy pisarka zakochała się i zaczęła większą uwagę przykładać do swojego wyglądu, chciała się podobać i być atrakcyjną. Natomiast Mamcia Pudding Ryżowy doszła do władzy w momencie, gdy pisarka pogodziła się z  tym, że jest w ciąży.

Elif Şafak w swojej książce stawia pytanie o to, czy kobieta zawsze musi wybierać pomiędzy byciem piękną,  atrakcyjną, a inteligentną. Pojawia się motyw Drzewa Mózgowego. Elif Şafak stojąc pod nim, musiała w pewnym momencie dokonać wyboru. Milady Ambicja Czechowska pyta się jej, wskazując na Mamcię Pudding Ryzowy:  Chcesz być taka jak ona? Żałosna kura domowa? Czy wolisz wieść życie jako majestatyczny drzewiasty mózg? (s. 194) Pisarka wybiera tę drugą możliwość i wtedy z jej ciałem zaczynają dziać się dziwne rzeczy: chudnie, jej skóra staje się bardziej sucha, w końcu przestaje miesiączkować. Diagnoza lekarza brzmi: Pani mózg porwał ciało… W momencie gdy pisarka się zakochuje po uszy (rozdział o znaczącym tytule "Nigdy nie mów nigdy")  Drzewo Mózgowe usycha, a Şafak wyraźnie rozkwita. Z kolei w ciąży pisarka całkowicie zdaje się na Mamcię Pudding Ryżowy, która to przejmuje władzę nad pozostałymi Calineczkami. Miniaturowa kobieta zabrania Elif czytać - Sylvia Plath, Dorothy Parker, Anais Nin, Zelda Fitzgerald i Sevgi Soysal są surowo zakazane. Jedyna dozwolona książka to "Małe kobietki", która powinna przypominać, jak ważne są więzy rodzinne i która pozwoli na przygotowanie się do roli matki. Po urodzeniu dziecka Elif Safak cierpi na depresję poporodową. Pisarka pokazuje, że jest to problem dotykający wiele kobiet, niezależnie od stopnia ich spełnienia i szczęścia. 

Skąd bierze się depresja? U Şafak wynikła ze strachu przed tym, że już nigdy nic nie napisze: Zanim się zorientowałam, literatura zaczęła przypominać odległą ziemię zakazaną, do której dostępu bronią rośli strażnicy… Najpierw przekonałam siebie, że zapomniałam, jak się pisze. A potem zaczęłam podejrzewać, że pisanie zapomniało o mnie. (s. 331) 

Na szczęście siła woli, opanowanie i trzeźwość umysłu (a także w mniejszym stopniu terapia) pozwoliły rozprawić się Elif Şafak z jej depresją. Pomogło zaakceptowanie tego, że wszystko jest na swoim miejscu, a macierzyństwo to jej naturalny stan.

Autorka "Czarnego mleka" w pewnym momencie przywołuje słowa Katherine Mansfield: Być wiernym swojemu ja! Ale któremu? Której spośród – jak się wydaje – setek jaźni? Przy tych wszystkich kompleksach, ograniczeniach, reakcjach, drganiach i myślach miewam takie chwile, kiedy czuję się jak skromna recepcjonistka w hotelu, który nie ma właściciela. (s. 335) Wydaje mi się, że wiele kobiecych problemów ma swoje źródło w konflikcie wewnętrznym toczonym przez takie Calineczki, o których pisze Elif Şafak. Konieczne jest pogodzenie się ze wszystkimi aspektami swojego życia i własnej osoby. Doszła do tego Şafak, która na końcu książki napisała o swoich Calineczkach: Jestem nimi wszystkimi – z ich wadami i zaletami, plusami i minusami, wszystkie ich historie tworzą księgę mojego życia. (s.348)

poniedziałek, 21 marca 2011

Leonora Carrington i jej "Trąbka do słuchania"

Leonora Carrington jako dziecko marzyła, żeby zostać lewitującą świętą. Matka przepowiadała jej że będzie kiedyś czarownicą. Została artystką - malarką i pisarką. Dzięki temu możemy wkroczyć do jej niesamowitego, przepełnionego magią świata. Wyobrażenie lewitującej świętej (a raczej nie takiej świętej zakonnicy) Carrington zawarła w swojej powieści „Trąbka do słuchania”. Już w dzieciństwie okazało się, że Leonora to osoba niezwykła, nie tylko obdarzona bogatą wyobraźnią, ale i potrafiąca pisać na wspak obiema rękami jednocześnie. Urodziła się w 1917 roku w Anglii. Jej rodzina należała do włókienniczych magnatów, mroczne domostwo w którym mieszkali inspirowało jej literacką i malarską twórczość. Studiowała malarstwo we Florencji, później kontynuowała naukę w Londynie. W 1937 roku poznała Maxa Ernsta, z którym przeżyła burzliwy romans. Nie przeszkadzała im dwudziestosiedmioletnia różnica wieku i fakt, że Ernst był żonaty.

Leonora bardzo lubiła szokować: na przyjęciu w Paryżu wystąpiła w często opadającym prześcieradle, w restauracji posmarowała sobie stopy musztardą, nie miała oporów przed tańczeniem nago. Jej przyjaciółka, również artystka surrealistyczna - Léonor Fini nazywała Carrington „prawdziwą rewolucjonistką”. W 1942 roku przyjechała do Meksyku, gdzie przebywało i tworzyło wielu surrealistycznych artystów. Ponadto zaprzyjaźniła się z Remedios Varo. Łączyło je m. in. zamiłowanie gnozą, alchemią, magią, Kabałą, naukami ezoterycznymi, południowoamerykańską mitologią. Obrazy obu artystek przedstawiały pogańskie boginie i kapłanki odprawiające dziwne rytuały (inspiracja było malarstwo Boscha, który marzył o zbliżeniu sztuki do okultyzmu i alchemii). Carrington działała w Ruchu Wyzwolenia Kobiet. Aprobowany przez nią feminizm przywracał do łask wiedźmę jako prototyp kobiety niezależnej. Jak sama artystka przyznała - pisze dla siebie, maluje dla innych. Jej prace były pokazywane podczas licznych wystaw m. in. w Stanach Zjednoczonych, Meksyku, Brazylii czy Londynie. Natomiast jej literacki dorobek to pisane po francusku bądź hiszpańsku dwie powieści, dwie sztuki teatralne oraz dziesiątki opowiadań. Carrington to jedyna kobieta, której tekst (opowiadanie „Debiutantka”) został włączony przez Bretona do „Antologii czarnego humoru”. Artystka niechętnie wspomina surrealistyczny epizod swojego życia, jednak należy przyznać, że uosabiała Bretonowski ideał mistycznej muzy, seksownej kobiety-dziecka, nawiedzonego medium i wariatki o niezwykłej wrażliwości.

Swój wizerunek Carrington kreuje w swoich dziełach, których bohaterki są jej alter ego. W „Trąbce do słuchania”artystka przemienia się w brodatą staruszkę. Przemiana ta, jak przyznała sama autorka, miała być kpiną z okropieństw tego świata. Bohaterką powieści jest dziewięćdziesięciodwuletnia Marion Leatherby, nieprzystosowana do kraju, w którym mieszka, marzy o przeprowadzce do Laponii. Od swojej przyjaciółki Carmeli, której pierwowzorem jest Remedios Varo, dostaje trąbke do słuchania. Przedmiot ten pozwala jej słyszeć wszystko, zwłaszcza to, co mówi o niej jej rodzina. Trąbka upodabnia ją również do Archanioła Gabriela, dzięki trąbce dowiaduje się, że syn z synową chcą ją umieścić w domu starców. Jak się okazuje, miejsce do którego trafia nie jest zwykłą instytucją skupiającą znudzonych i schorowanych starców, a pseudoreligijną wspólnotą Bractwa Światła. Funkcjonowanie i to, co się dzieje tam to popis wyobraźni autorki - mieszkanki bractwa to oryginalne staruszki, domy, w których mieszkają mają dziwaczne kształty. Bohaterki to odważne, pełne energii do działania staruszki, buntują się przeciw panującym zasadom, w imię solidarności z innymi są gotowe podjąć strajk głodowy. Porządek panujący utworzony został przez zhierarchizowany, męski świat. Natomiast zburzony zostaje przez oszalałą przyrodę oraz inwazję fantastycznych stworzeń. W książce zawarty jest motyw Graala, jednak jest to feministyczna jego wersja, to kobieta odnajduje kielich aby zwrócić go Wielkiej Bogini. Jest pełno barwnych portretów kobiet: Dona Rozalinda - zakonnica, której portret znajdujący się w jadalni intryguje Marion, staruszka Maude, która okazuje się Arturem, siostra przyjaciela Marion - Marlborough'a to wilczogłowa kuzynka egipskiego Anubisa, Christabel Burns - ciemnoskóra kapłanka, wtajemniczona w niedostępna dla innych wiedzę. Powieść Carrington przepełniona jest alchemicznymi symbolami, okultystycznymi doktrynami, pełno w niej czarownic oraz mitologicznych bestii.

Jest to przede wszystkim niezwykle feministyczna, kobieca książka. Pełno w niej odwołań do różnych boginek. Kreuje świat rządzony przez Boginię Matkę, mężczyźni natomiast przeszkadzają kobietą w korzystaniu w ich czarodziejskich mocy. Imię Marion to nawiązanie do morskiej bogini Marian oraz Marii Magdaleny. Bohaterka modli się do Wenus, która jest najjaśniejszą gwiazdą. Bohaterki to wiedźmy sporządzające napary, utrzymujące sekretne związki ze zwierzętami. Ten kult kobiecych bóstw jest odpowiedzią na zdominowany przez mężczyzn świat oraz religię, w której rządzą mężczyźni. Artystka pisała: Nie znam religii, która nie uważałaby kobiet za istoty ograniczone, nieczyste, pod każdym względem gorsze od mężczyzn.”

Na koniec przytaczam zagadkę, którą miała rozwiązać Marion:

"Na głowie i ogonie noszę czapkę białą
Wiosną latem jesienią i przez zimę całą
Noszę pas gorący na tłuściutkim brzuchu
I choć nóg nie mam żadnych to wciąż jestem w ruchu".

Tekst napisany na podstawie „Posłowia” autorstwa Agnieszki Taborskiej, „Trąbka do słuchania” Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1998.